Wziąłem Ren pod pachę dokładnie w chwili w której pierwsze stanowcze promienie poranka, zakłuły mnie w oczy.
Leciałem nisko, może trzydzieści metrów nad wijącą się taflą, dostojnej, starej rzeki. Na zakrętach mocno przechylałem maszynę na skrzydło, obserwując jak marynarze z barek węglowych machają rękoma i podrzucają czapki. Czułem się wolny, oczyszczony i... wszechwładny.
Gdzieś daleko za mną pozostało lodowe piekło głębokie na osiem kilometrów, pełne ryku silników, smug kondensacyjnych i błyszczących diabłów. Z prędkością czterystu kilometrów na godzinę, przeskakiwałem nad dolinami starorzeczy, nad wąskimi pasemkami lasów, nad wapiennymi skałkami, by przypaść na kilka sekund, do czarnej lecz błyszczącej jednocześnie niczym rtęć powierzchni wody. Mimo przelatanych tysięcy godzin, cieszyłem się każdym lotem z niemalże identycznĄ intensywnością, zupełnie jak lata temu, gdy wykonałem pierwszy niezdarny skok na rozklekotanym 'Habitchu' pod czujnym okiem instruktora.
Po lotach, gdy szybowce stały już w prostej szopie, przysiadał on na wiekowym, wypatroszonym foteliku i z niewidzącym spojrzeniem, zaczynał snuć opowieści o Wielkiej Wojnie, o walkach które stoczył, o kolegach którzy nigdy nie wrócili. Potem długo nie mogłem zasnąć, rozmyślając o wspaniałych lotnikach, dosiadających zwrotnych Albatrosów i Fokkerów, które skąpane w morderczym blasku poranka, spadały na wroga.
W duchu Boelckego i Richthoffena.
Wschodzące słońce zalało pomarańczowym blaskiem skałki bielejące w zakolu rzeki, postanowiłem je okrążyć, gdy coś kazało mi się skupić na wierzchołku jednej z nich. Zdjąłem obroty, skrzyżowałem stery i delikatnie wytraciwszy prędkość zataczałem czterystumetrowe łuki wokół wyższej z nich. Na szczycie stała kobieta. Nie zwracała na mnie uwagi, wpatrując się we wschodzące słońce. Nie istniałem dla niej.
O kochanie, nie tak się traktuje bohaterów, pomyślałem. Ostry zwrot. skałka była pusta.
Nawet na mnie nie spojrzała.
Poleciałem dalej.
II.
Kieliszek bawarskiej anyżówki cudownie rozgrzewał, wyszedłem z baraku zapinając futrzany półkożuszek. Było mroźno, śnieg błyszczał w cokolwiek słabych promieniach wschodzącego słońca, a ja odetchnąłem pełną piersią. Jakże wspaniale pachniało powietrze.
Niespiesznie przebrnąłem przez zaśnieżony perymetr lotniska stając na progu pasa. Od dobrej minuty towarzyszył mi dźwięk lotniczego silnika, ciągnącego na zdławionej mocy. Uniosłem głowę, przez mgnienie oka drapieżny kształt okrył mnie cieniem, chwile później rozległ się potężny ryk gdy pilot tuż przed przyziemieniem zwiększył obroty i zaraz głośno mlasnęły amortyzatory. Wykonałem przepisowy w lewo zwrot zasłaniając twarz przed uderzeniami lodowych igieł, porwanych strumieniem zaśmigłowym z pasa. Błękitnozielony Focke Wulf -190 D, pokryty nieregularnymi jaśniejszymi plamami, zakiwał się sztywno na swoim szerokim podwoziu i potoczył się w stronę stojanki. Po chwili pilot przerzucił iskrowniki i nierówny dźwięk silnika przeszedł w słabnące klekotanie reduktora, z wolna tracącego obroty.
Ruszyłem w jego stronę, a gdy dotarłem na miejsce Ernest kończył wyciągać kota z bagażnika umieszczonego za fotelem. Przerażony kłębek futra, jak tylko zobaczył światło dał iście cyrkowego susa i po chwili dumnie paradował po skrzydle, zerkając spode łba na swojego właściciela.
Przesuwam dłonią po wylocie lufy dwudziestomilimetrowego mauzera, po czym spoglądam na rękawiczkę. Na starannie zapastowanej powierzchni doskonałej skóry widać matowy ślad sadzy. Ernst uśmiecha się, jakby przepraszająco:
- Sto dwudziesty trzeci. a może czwarty, nie wiem, chodź bo zimno, napijemy się.
- No to chodź - mówię, biorąc jego worek - Nie mamy tu luksusów ,ale można się przyzwyczaić.
- Do wszystkiego można się przyzwyczaić - filozoficznie odparł Ernst, a pomarańczowy promień wschodzącego słońca błysnął w jego oczach.
III.
Był to stary gotycki kościół, zbudowany kilkaset lat temu, jakich pełno w tej części Niemiec. Eksplozja bomby spowodowała zapadnięcie się sporej części dachu, wyrwała przepiękne witraże które upstrzyły dziedziniec kolorową mozaiką, chrzęszczącą przy każdym kroku niczym niedzielne ciasto z kruszonką. Potężne dębowe wrota żałośnie zwisały na pozostałości ręcznie kutego zawiasu. Budowla zdecydowanie nie należała już do najbezpieczniejszych miejsc.
Przeszedłem niespiesznym krokiem przez dziedziniec, omijając co większe fragmenty gruzu.
W środku... nie odczuwało się już tej nabożnej atmosfery, będącej tak nieodłącznym elementem kościoła. Na zniszczonym ołtarzu siedziała para gołębi, surrealistyczny symbol pokoju w świecie opanowanym morderczym szałem lata temu...
W powietrzu unosił się wapienny pył, niczym całun żałobny poprzebijany wąskimi sztyletami światła wpadającego poprzez liczne dziury po odłamkach.
Jakiś ruch zwrócił moją uwagę, spojrzałem w kierunku nawy bocznej i ujrzałem czarno zakapturzonego mnicha, który zdawał się płynąc ponad warstwą gruzu, zatrzymał się na moment, z jakąś teatralną powolnością odwrócił głowę i posłał mi dziwny uśmiech od którego, nie wiedzieć czemu, zjeżyły mi się włosy pod czapką
Nagle... powietrze przeszyło crescendo pierwszych taktów Bachowskiej "Fugi". Gwałtownie ruszyłem w kierunku nawy organowej, wdrapując się po wąskich, krętych schodkach. Na podwyższeniu siedział Ernst, uwalany pyłem wapiennym, na nadpalonej skrzyni organów stała butelka wódki, obok leżały papierosy i zdjęty z szyi Krzyż Żelazny. Jego ręce wyczarowywały kolejne takty ponadczasowego arcydzieła, z precyzją pozostającą w wyraźnym kontraście z wyrazem twarzy.
Stałem tak kilka chwil delektując się tym wariackim koncertem, gdy nagle muzyka umilkła. Ernst gwałtownie odwrócił się w moim kierunku.
- Piękne prawda? W pięknej scenerii... - roześmiał się histerycznie i gwałtownie uderzył w basy, od których zawirował kurz.
Grał teraz wagnerowską Walkirię, troszkę za szybko, co nadawało całej kompozycji jakąś groteskową formę, z jego ust płynął nieprzerwany strumień słów:
- Piloci, obrońcy... ojczyzny, poświęcenie, żelazną pięścią dławić wroga... prastara teutońska ziemia..., w niezatrzymanym pochodzie... Fuhrer!
Spojrzał na mnie, gdzieś znikła pijacka jowialność z jego twarzy.
- Ona tu jest, Siegfried... Przyszła tu...
- Kto? Ernst!
Kolejne takty heroicznej opery wypłynęły spod jego palców.
- Jesteś pijany! Być może pole.
- Gówno!!! - przerwał mi. - To nieistotne... Ona tu jest, nie poczułeś jej obecności? Więc jesteś głupszy niż na to wyglądasz...
Gwałtowny podmuch wiatru zawył w dziurawych ścianach, przynosząc pomruk tysięcy czterosilnikowych potworów...
IV.
- Dekowniku!!! - Ernst oskarżycielsko wyciąga palec w kierunku bandaży na mojej dłoni - Nie chcesz umierać za Fuhrera, bo boli paluszek? - pyta z przewrotnym uśmiechem.
Podejmuje jego grę, lecz w duchu dziękuję Bogu, że to on poprowadzi eskadrę, nie ja...
- Ktoś. - zaczynam, gdy ostry głos wykrzykuje: "Rotte Ein, Rotte Zwei - Alarm!!!" Twarze chłopaków w sekundzie ścina strach, a nogi niosą ich w kierunku maszyn.
Ernst zwinnym skokiem zajmuje miejsce w moim samolocie, czarnej trzynastce, szczęśliwej trzynastce, podaje mu maskę, którą odbiera lewą ręką, prawą budząc myśliwiec do życia. Mechanik podpina agregat, Ernst przekręca rozrusznik, a zalany gorącym olejem Jumo odpowiada basowym dudnieniem. Smakuje błękitny dym, pachnie tak samo jak sześć lat temu, ale nie kojarzy się już z wolnością, szczęściem i. nieśmiertelnością. Ryk silnika jest nie do zniesienia, kuląc się ześlizguję się ze skrzydła. Ernst zawadiacko salutuje mi wierzchem dłoni do dołu i gwałtownie wykręca w stronę pasa, a za nim czarna dwójka.
Wychodzą w powietrze silnym trawersem, niepewnie kołysząc się w porywach ostrego wiatru, z gwizdem sprężarek para przelatuje nad moją głową, Ernst macha skrzydłami. Oddalają się niespiesznie wciągając podwozie, znaczą swoją drogę mlecznobłękitną smugą w krystalicznie czystym powietrzu.
Mimo sporej odległości dalej doskonale słyszę dźwięk silnika i ten nienaturalny gwizd.
Zanim zdałem sobie sprawę, już wiedziałem. Odwracam się na pięcie i widzę cztery Mustangi nad pasem plujące ogniem z dwudziestu czterech karabinów. Czarna dwójka z odstrzelonym lewym skrzydłem kręci ćwierćbeczkę i ryje płonący pas. Jak komar rozmazany po ścianie uderzeniem gazety. Serie pocisków uderzają w skrzydła czarnej trzynastki, chwieje się w sprężystym opływie, zaciskam powieki, lecz przed oczyma mam obraz który widzałem już wiele razy. Piękny myśliwiec bezwładnie uderza w ziemię, objęty ogniem, z groteskowo odłamanym silnikiem, pchając przed sobą zdartą darń.
V.
Mustang strzela kłębami sinobłękitnego dymu, jednocześnie rosnąc w siatce mojego Revi, dwie malutkie figurki mechaników starają się desperacko odbiec od maszyny, trzecia traci równowagę na powierzchni skrzydła i z szeroko rozwartymi rękoma pada w śnieg.
Jakaś pierwotna, atawistyczna radość wypełnia mnie bez reszty gdy wciskam oba spusty i obserwuje jak spiralne smugi sieką błyszczący kadłub, odwalają wielkie kawały aluminium, rozrywają malutką sylwetkę leżącą nieopodal odstrzelonego skrzydła. Czas zwalnia, widzę jak strugi zielonego płynu barwią śnieg i natychmiast kładę maszynę w ostry zakręt, omijając rosnącą pomarańczowoczerwoną kulę.
"Volltreffer!!!" - skrzeczy radio.
Lecę w osi pasa, widzę kolejnego Mustanga odwracającego się nosem w moim kierunku, nie mam czasu na celowanie, jednocześnie naciskam spust działek i wprowadzam maszynę w mocny ślizg, błyski wybuchów przecinają sylwetkę w celowniku po przekątnej, Mustang toczy się jeszcze kilka metrów, wyskakuje z pasa i eksploduje, mieląc powietrze śmigłem do ostatniej chwili.
Przyklejam się do ziemi ścigany tysiącami smug, droga, przeskakuje nad kolumną amerykańskich półtoratonówek.
Byle dalej, byle szybciej. Silnik wyje, katowany ciśnieniem 1,8 ata, domykam żaluzje, niech go nagły szlag trafi, najlepiej razem ze mną. Skrzydłowy, młody, może osiemnastoletni chłopak, gdzieś się zgubił. Wykręcam do domu, radio nie działa, w zasadzie nic nie działa. Wznoszę się.
Dłoń mego Anioła Stróża delikatnie musnęła mnie w ramię, wcisnąłem lewy pedał kontrując lotką i na tyle, na ile mi na to pozwoliły mocno dopięte pasy spojrzałem w tył. Ujrzałem rozdziawioną paszczę Tempesta, a kabina natychmiast wypełniła się wirującym kurzem. Potworne uderzenie, gdzieś na wysokości nerek, spazmatyczne szarpnięcie drążka, dziki taniec horyzontu wokół mnie... samolot wali się w niebezpiecznie płaski korkociąg. Pcham drążek, wciskam już nieco spokojniej pedał steru kierunku i zwiększam obroty. Z mocnym wstrząsem gaśnie autorotacja, po chwili już słychać gwizd nieszczelności owiewki.
"Wiej!!!" tylko tę jedną myśl mam w głowie, kciukiem przestawiam sprężarkę w pozycję 'przeładowanie' i spokojnym płynnym ruchem pcham przepustnice. Silnik leniwie zwiększa obroty... 500, 600, 700, szybciej na Boga! Sprężarka odzyskuje swoją nominalną sprawność i zaczyna się dzika jazda w dół, po ośmiu sekundach mam 750 kilometrów na godzinę.
Pokonuje strach, odwracam się, pisze na czarno, patrzę w gorę, czysto.
Nie! Pomarańczowy błysk wschodzącego słońca zdradza nurkującego Tempesta. Zakręcam mu pod maskę podciągając lekko. Przez ułamek sekundy widzę głowę tamtego skąpaną w pomarańczowym świetle. I robię się spokojny. Wiem że będę żył.
Gwałtowny, biało-pomarańczowy wybuch salwy 8,8 cm pocisków rozszarpuje Tempesta na strzępy.
Do końca życia przechowam wspomnienie szyderczego uśmiechu Morgenstrahl. o twarzy aksamitnej jak światło poranka.
_____________________________ Morgenstrahl - w języku niemieckim oznacza poranek, brzask, świt. Poranek sam w sobie jest bardzo ładnym zjawiskiem, przyroda się budzi do życia, ptaszki ćwierkają i nikomu normalnemu nie powinno się to kojarzyć z czymś negatywnym. Nie dla Niemców. O poranku, jak mówi starogermański mit, można spotkać Morgenstrahl Madchen, panienkę która ma paskudne hobby - wodzi na pokuszenie młodych wojowników, aranżuje spotkanie na skałce w dolinie Renu, a potem wio w przepaść i Abschuss.